Są trudnymi rozmówcami, którzy patrzą na muzykę kategoriami misji. Ten niejednorodny duet, przeżarty na wesoło nutką egoizmu i wyniosłości, odpowiada o swoich zmianach flagowych, targu, Alexie Tolstey'u, odejściu Dreddy'ego z ekipy, o obcej cywiliacji oraz zależnoscach między masą a kasą w muzyce.
Jest takie ładne łacińskie przysłowie, które mówi, że: "kto dobrze
zaczął, połowę ma za sobą". Ugruntowaliście swój eksperymentalny, wręcz
kokieteryjny styl, że aż momentami trudno nazwać to co robicie
psychedelic trance, w którym wielu was utożsamia. Wasz najnowszy album "The National Heroes Of Sonic Parallel" to tylko potwierdza. Czyżby
więc zabawa z dźwiękami była akcelatorem do pomysłowości i kreatywności?
Grzegorz Magnuszewski: Jasne, że tak. Odwrotnie również.
Jurek Przezdziecki: Muzyka to nasz pierwszy jężyk. Wyrażamy nim to, czego nie chcemy mówić czy pisać. Muzyczne słowa łączymy w zdania, a dzięki nim powstaje opis tego, co mamy w głowie i sercu. Mamy swój styl i dworskie maniery. Mimo to w kontakcie ze sztuką potrafimy być nieokrzesani.
Jeden z was powiedział kiedyś, że sztuka to nie targ. Zaprzeczacie temu w swojej muzyce, która właśnie jest trochę taka targująca się ze słuchaczem nie dając się do końca.
JP: "Sztuka to nie targ" użyłem kiedyś w kontekście uzależnienia umysłu artysty od współczynnika sprzedaży jego sztuki. Tym stwierdzeniem odcinam się od zjawiska robienia muzyki na sprzedaż. Pewien idealizm twórczy uważam za warunek konieczny do spełnienia, aby mogły powstawać rzeczy, o których marzę. W związku z tym nasz album jest tym, co wyrosło z tego idealizmu twórczego, gdyż pracując nad nim nie myśleliśmy, aby "komuś coś" sprzedać, ale aby "kogoś czymś" olśnić.
GM: Zależy, co rozumie się przez "dawanie do końca". Nasze kompozycje mają momenty, miejsca czy okresy, które podniecają słuchacza. Te chwile otoczone są oczekiwaniem, gdzie możemy oddać się sonicznej ekwilibrystyce. Kompozycje Bigwigs przychodzą i odchodzą jak fale. Nie są jednorodne, jednorodność jest bowiem nużąca, katatoniczna a to zaprzeczenie rozrywki. Muzyka Bigwigs ma być rozrywką, jednakże umiejętnie zbalansowaną między nieczytelnością chaosu eksperymentu, a przejrzystością standardów harmonicznych i aranżacyjnych.
Wydając "The National Heroes Of Sonic Parallel" zmieniliście wytwórnię ze szwedzkiej Digital Structures na rosyjską Horns And Hoofs Entertainment. Czyżby wasza praca solowowa dla tej oficyny przeważyła o tym?
JP: Digital Structures wydając nasz pierwszy album zachowali się dość odważnie. Cała ta sytuacja przypominała noszenie niechcianego dziecka przez wytwórnie – matkę. Gdy w końcu niechciane dziecko przyszło na świat, matka uciekła zostawiając je samo. Na szczęście dzieckiem zajął się kochający opiekun dając wszystko, czego potrzebowało, aby właściwie się rozwinąć. To był Alex Tolstey z Horns & Hoofs. Dzięki niemu mogliśmy wydać nasz drugi album i wiele swoich solowych nagrań. Łączy nas przyjaźń i zrozumienie.
GM: Tak, jak już powiedział Jurek, zaprzyjaźniliśmy się z Aleksem – właścicielem Horns & Hoofs. Jeśli chodzi o Digital Structures to po naszym debiucie wytwórnia obraziła się na nas z powodu niechcianej "dziwności" zakontraktowanego produktu, jaki mieliśmy dostarczyć. Przypomnijmy, że w tym czasie Digital Stuctures wydawało Son Kite, S-range, Ticon oraz masę identycznych, prostych kapel dramatycznie różniących się od Bigwigs. Niestety nie potrafimy robić takiej muzyki jak S-range czy Ticon, choć marzymy o tym od wielu lat. Czasem nawet nam się to śni po nocach. Miewamy polucje.
Przy nagrywaniu waszego ostatniego albumu Dreddy uczestniczył jako gość, a nie jako część projektu Bigwigs. Co przesądziło o tym: różnica zdań czy po prostu naturalna ewolucja projektu?
JP: Jesteśmy bardzo wymagający od siebie i od innych. Mamy przerośnięte "ego" i chore ambicje. Na takim tle powstają napięcia i konflikty w zespole. Tomek nie wytrzymał i odszedł. To wszystko.
GM: Tomek przestał być aktywny jako muzyk i artysta. Nie wszyscy muszą zajmować się sztuką przez całe życie. Ludzie są jak fale, co przychodzą i odchodzą.
O przyrodzie mówi się, że jest ona zarówno gościnna i niebezpiecznia. A jacy jesteście wy Bigwigs?
GM: Jesteśmy egoistycznymi homoseksualistami gościnnymi w kroczu, egocentrykami, którzy wychylają się czasem poza rant sagana wypełnionego masą przeróżnych historii i doświadczeń. Jesteśmy jak kalejdoskop przez który ogląda się wzory z kolorowych szkiełek. Z tą różnicą, że zamiast szkiełek są u nas ziemniaki.
JP: Nasze serca są gościnne dla wszystkiego, co ma wartość i inspiruje nas. Mimo to jesteśmy zapatrzeni przede wszystkim w siebie, a to czasami bywa niebezpieczne.
Sun Ra & Juan Atkins traktowali muzykę jako medium do porozumiewania się w kosmosie z obcymi cywilizacjami. A jak jest w waszym wypadku?
GM: Przez muzykę chcemy porozumieć się z troglodytami z piekła rodem, wieśniakami na obrzeżach horyzontu transowej banicji, znużonych wytrwałych, szukających centrum zrozumienia, debiutańskich psychopatów łapczywych na zmianę, oportunistów w opozycji oraz nonszarmanckich nonkonformistów. Ci wszyscy znajdą się pod naszymi skrzydłami i z nimi uniesiemy się wyżej, aby zobaczyć co jest niżej.
JP: Jak wspomniałem już na samym początku, muzyka to nasz język. Porozumiewamy się nim bardziej między soba aniżeli z innymi. Jeśli jakaś obca cywilizacja zrozumie coś z tego języka, znaczy, że przestała być obca.
Inspiracją powstania wielu nagrań Beatlesów była mistyczna osada Riszikesza położona u stóp Himalajow. Wiadomo, że cała scena psychedelic trance wzięła swoje prapoczątki z wypadów do indyjskiej prowincji Goa. A wy też sie utożsamiacie z tymi korzeniami hippisowskimi, całą tą otoczką wokół New Age’u ze Wschodu?
JP: Utożsamiamy się z kulturą muzyczną minionych epok. Spuścizna muzyki klasycznej i obecne dokonania kompozytorów współczesnych są wystarczającą inspiracją i swoistą "księgą rodzaju" dla nas. Czytamy ją dostrzegając coraz to nowe interesujące wskazówki. Nie odnajduje niczego takiego w kulturze hipisów.
GM: Osobiście kręci mnie hipisowski styl życia. Jestem w sercu płonącym żywym ogniem, dzieckiem przygody. Odrzucam całą mistyczną anegdotę na uduchowienie mojej duszy. Stosunkowo szybko przestałem to chłonąć. Pozostały jedynie mgliste doznania eterycznej aury, jakie były niegdyś w moim zasięgu. Nie jest to jednak inspiracją w muzyce. Jurek ma racje.
Utożsamiacie się ogólnie ze sceną psychedelic trance? Podoba Wam się jej rozwój z minimalnych struktur w stronę progressive?
JP: Nie, mam wrażenie, że ta scena rozwija się tylko w kierunku, skąd płyną większe pieniądze. Wszystkie te bzdury, które słyszę, zachwycają dzieciaki albo ludzi pozbawionych wrażliwości. Nie utożsamiam się z tym i nigdy nie będę tego częścią.
GM: Nie znam się na tych gatunkach, podziałach i zmianach, które następują. Nie śledzę tego. Bigiwgs są samodzielni i doświadczeni muzycznie na takim poziomie, który potrafi kwitnąć pięknym kwiatem i owocować płodem, jakiego wcześniej świat nie widział. Oto właśnie cenna różnorodność, która zmienia świat, sprawia, że jest ciekawszy.
Zastanawiam się od dawna, czemu psy trance i goa trance nie zrobiły do tej pory takiej furory i te brzmienia nie są tak popularne jak grany często i wszedzie hard trance, progressive trance czy uplifting trance. Może macie jakieś propozycje?
GM: Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego. Z pewnością jest to stopień zaangażowania, jaki każda z tych sfer wymaga od słuchacza. Im mniejszy tym muzyka bardziej popularna. Z pewnością jest to również stopień ciężkości lub lekkości muzyki w odniesieniu do muzyki pop. Im większa amplituda wahania tym, mniejsza popularność.
JP: Zgadzam się z tym, co powiedział Grzesiek. Mówiąc to w dwóch słowach jest to zależne od napływu masy i przypływu kasy.
Na amerykańskiej scenie niezależnego rocka pokutuje zasada "dress sharp, play well, be modest" – "ubieraj się elegancko, graj dobrze, bądź skromny". A jaka jest wasza muzyczna dewiza?
JP: W amerykańskich dewizach wszystko jest fikcją, poza dolarem amerykańskim. Moja dewiza to: nie udawaj Greka.
GM: Bądź wieśniakiem i biskupem, zabijaj w sobie stupor. Zabijaj pychę, jedz świeże warzywa i oddawaj kał raz dziennie sumiennie. W tej amerykańskiej dewizie nie podoba mi się ta skromność, wyczuwam bifurkację założeń z rzeczywistością.
A co sądzicie o sformułowaniu "nie mów o muzyce tylko ją słuchaj"?
JP: Uwielbiam mówić o muzyce. To ją uskrzydla i czyni ważną. Mówienie o muzyce pozwala mi lepiej zrozumieć, to jaka jest ona w rzeczywistości. Usłyszeć, jak rozumieją ją inni. Bez tego ani rusz.
GM: Musielibyśmy wyciąć połowę z tego wywiadu. Wnikając w temat nieco głębiej – nie ma uniwersalnego języka opisującego wrażenia muzyczne. Chyba, że wykształcimy go sami. Bigwigs porozumiewają się bez słów. Nie rozmawialiśmy przy produkcji albumu prawie nic. Wymienialiśmy się dźwiękami i rezultatami pracy. To było, jak abstrakcyjny dialog. Niezwykle treściwy w formie i bogaty w emocje. Słowa nie oddają tych struktur.
A czy w przypadku muzyki można mówić o jakiejkolwiek cenie, jak to ma miejsce w przypadku ceny samochodu?
JP: Jeśli stworzy się muzyczny produkt to tak. Ma on swoją cenę. Ta cena jest umowna. Jeśli przy okazji stworzy się odpowiednią markę, to cena wzrasta. Mimo to, sama muzyka wciąż pozostaje niematerialna dając bezcenną radość słuchaczowi.
GM: Oczywiście, że można oszacować cenę. Cena oddaje wartość rynkową, ale nie samej muzyki, lecz konglomeratu składającego się z muzyki, wizerunku artysty, jego imienia, jego historii i podejścia do przyszłości czy wizjonerstwa. Taki kompleks ma swoją wartość materialną i artystyczną. Błędem jest mylenie tego kompleksu z wartością jednej ze składowych, czyli muzyki. Sama muzyka, choćby nie wiem jak piękna i wartościowa, bez reszty składowych jest postrzegana jako tania, często jako słaba lub nie warta zainteresowania dla większości konsumentów muzyki. Ci poszukujący potrafią szukać i znajdują. Dzięki nim istnieje wiele warstw muzyki, czasem ekstremalnie niszowych.
Co sądzicie o modzie na promocje i lansowanie się za pomocą Beatportu? Niedawno majorsi poszli na układ z Last.fm w sprawie udostępniania nagrań. Każdy użytkownik będzie mógł posłuchać danego nagrania w bardzo dobrej jakości trzy razy. Na dodatek ostatnio "Guardian" obwieścił, że rok 2008 będzie stał pod znakiem końca ery cedeków. Wszystko więc tak czy inaczej będzie się ostatecznie przenosiło do sieci?
GM: To się musi wydarzyć. Nie może być inaczej. Media są jak fale, co przychodzą i odchodzą.
JP: Internet zdominuje przemysł muzyczny i prawdopodobnie nie długo już nikt nie będzie wydawał płyt. Wszystko stanie się jedną "empetrójką". Ważne stanie sie nie to, co gra, ale jaki ma poziom kompresji. "Guardian" jest wizjonerem.
Jesteście związani z warszawską scena. Czy legendarny klub Trendy można by nazwać "polską Haciendą"?
GM: Nie jesteśmy za bardzo związani z warszawska scena, w ogóle nie jesteśmy nigdzie związani choć można tak sądzić po twarzach.
JP: Nic nie wiem, nie znam i nie bawie się.
Wracając jeszcze na chwilę do waszego ostatniego albumu "The National Heroes Of Sonic Parallel". Stworzyliście do transowego nagrania "Pars Pro Toto" teledysk. Po prostocie i esencjonalizmie jego minimalizmu można dojść do wniosku, że jesteście bardziej artystami aniżeli producentami – inżynierami. Czy więc tworzycie muzyke, czy ją produkujecie?
GM: Teledysk do "Pars Pro Toto" to dzieło Krystiana Batyjewskiego – Krisba. To jego pomysł i inicjatywa. Napis, który widnieje na masce, czyli "Fuck those choices" odzwierciedla nasz stosunek do muzyki, którą nieustannie tworzymy.
JP: Myślę, ze jesteśmy po trochu wszystkim. Tak jak Zosia jest trochę Kasią, a koń Papieżem.
Rozmawiał: joilet.blox.pl
|