Czerpię energię od tłumu - wywiad z Tresherem
Tresher Jedną z najmocniejszych płyt na scenie techno w minionym roku był nowy album Gregora Treshera. Wydanie albumu "A Thousand Nights" przez wytwórnię Great Stuff stało się pretekstem do naszej rozmowy z niemieckim producentem.

 

Jak odkryłeś współczesną muzykę klubową?

Już jako nastolatek słuchałem dużo muzyki z lat 80. – przede wszystkim zespołów wykorzystujących syntezatory. Potem zacząłem chodzić do klubów. To był początek następnej dekady. Wtedy usłyszałem pierwsze nagrania techno i house. I właśnie ta muzyka wciągnęła mnie na dobre.

Od jakiego stylu zacząłeś własną twórczość?

Najpierw jako Cobalt robiłem mocne techno. Świadectwem tego jest płyta "Tempest" nagrana dla nieistniejącej już firmy Malec. Z czasem techno znudziło mi się trochę. Chciałem popracować nad bardziej złożonymi rytmami. I okazało się, że doskonałe pole do popisu daje electro. Pod szyldem Sniper Mode nagrałem w tym stylu dwa albumy dla wytwórni Electrolux – "Wastelands" i "Travellers Beyond".

W końcu jednak zacząłeś mieszać ze sobą różne gatunki – nie tylko techno z electro, ale nawet trance z housem.

To nie była jakaś przemyślana decyzja. Po prostu tak się stało. Moje zainteresowania ewoluowały całkiem naturalnie. Ale tak naprawdę wszystko, co obecnie tworzę, nazywam na własny użytek techno.

Zacząłeś nagrywać pod swoim własnym nazwiskiem dopiero, kiedy podjąłeś współpracę z wytwórnią Datapunk prowadzoną przez Anthony'ego Rothera. Jak do niej trafiłeś?

Spotkaliśmy się z Anthonym we właściwym czasie. On właśnie uruchamiał nową wytwórnię, a ja szukałem sensownego wydawcy. Okazało się, że świetnie obaj do siebie pasujemy.

To dlaczego obecnie zmieniłeś firmę z Datapunk na Great Stuff?

Właściwie to wcale nie zmieniłem. Pracowałem z nimi już wcześniej. Nie podpisywałem kontraktu z Datapunk na wyłączność. Ponieważ dobrze mi się współpracowało z ludźmi z Great Stuff, postanowiłem wydać swój nowy album właśnie w tej wytwórni. Dostałem od nich całkowitą swobodę artystyczną – począwszy od konceptu muzyki po koncepcję okładki. A to było dla mnie bardzo ważne. Być może coś jeszcze wydam w Datapunk – zobaczymy.

Sven Vath pomógł Ci w karierze, grając Twoje płyty w klubach i umieszczając Twoje nagrania na składankach swej wytwórni Cocoon...

To było dla mnie wielkie wyróżnienie. To, że Sven grał moje płyty, bardzo pomogło mi w zaistnieniu w świadomości odbiorców klubowej elektroniki. Oczywiście jestem mu za to bardzo wdzięczny.

Magazyn "Raveline" wybrał Cię "najlepszym producentem 2006 roku". Czy ten tytuł sprawił, że czułeś presję zrobienia czegoś wyjątkowego podczas pracy nad Twoim ostatnim albumem – "A Thousand Nights"?

Raczej nie odczuwałem żadnego ciśnienia. Przyznanie tego tytułu nie zestresowało mnie, a wręcz przeciwnie – dodało pozytywnej energii, którą spożytkowałem podczas pracy w studiu.

Niektóre utwory z płyty, jak "Black Rain" czy "Running System", utrzymane są w stylu minimal techno. Inne, jak "Painkiller" czy "Anti" – odwołują się bardziej do electro. Dlaczego zdecydowałeś się połączyć te dwie estetyki na jednej płycie?

Chciałem pokazać na tym albumie wszystkie rodzaje muzyki, które obecnie lubię – gram podczas didżejskich setów lub produkuję we własnym studiu. Wspólnym mianownikiem miał być ich taneczny charakter. Chciałem, aby płyta była zorientowana zdecydowanie klubowo. Dlatego zrezygnowałem z umieszczenia na niej ambientowych utworów, choć takie też tworzę, żeby nie burzyły koncepcji całości.

Nie zrezygnowałeś z wpisania w niektóre utwory zgrabnych melodii.

Cóż, proces tworzenia dobrych melodii jest poważnym wyzwaniem. Szczególnie dla twórcy muzyki tanecznej. Raz znalezienie niebanalnej melodii trwa bardzo długo, a kiedy indziej – pojawia się ona błyskawicznie w zupełnie niespodziewany sposób. Tutaj nie ma reguł. Myślę, że najtrudniejsze jest uświadomienie sobie, że trafiło się akurat na coś mocnego. Między dobrą z złą melodią tak naprawdę jest cienka granica. Dlatego trzeba mieć odpowiednie wyczucie. To właśnie ono pozwala odróżnić jedną melodię od drugiej. Mam nadzieję, że podczas tworzenia materiału na "A Thousand Nights" mechanizm ten zadziałał u mnie prawidłowo.

W nagraniach dla Datapunk umieszczałeś swoje wokalizy. Dlaczego tym razem zrezygnowałeś z nich?

Wykorzystuję wokale tylko wtedy, kiedy mam dobry pomysł na tekst. Kiedy nie mam nic do powiedzenia – nigdy nie wprowadzam swojego głosu. Gdy pracowałem nad "A Thousand Nights", czułem że powinienem zrezygnować z wokali. I tak też zrobiłem. Ale myślę, że na następnych płytach powrócę do śpiewania.

Bonusowa płyta dodana do kompaktowej edycji "A Thousand Nights" zawiera zestaw Twoich remiksów zrobionych dla innych artystów ze sceny elektronicznej. Co Cię pociąga w robieniu remiksów?

To bardzo przyjemna odmiana od tworzenia własnej muzyki. Dostajesz tylko jeden utwór, a nie całą płytę, z którym musisz zrobić coś oryginalnego. Dlatego odczuwam to jako trudne wyzwanie. Szczególnie, jeśli oryginał jest mocny. Wtedy jest największa zabawa!

Często współpracujesz z innymi producentami – wymieńmy chociaż Billy'ego Nasty'ego, Monikę Kruse, Guya Gerbera czy Ralpha Sliwinskiego. Z kim tworzyło Ci się najlepiej?

Od zawsze lubiłem pracować z innymi artystami. Trudno mi wyróżnić kogoś szczególnego. Obecnie pomagam Monice Kruse zrobić materiał na jej album. Planuję nagrać też z Billym kilka nowych utworów. Wszystko to ukaże się w tym roku.

Niedawno podróżowałeś po świecie promując swój nowy album. Lubisz występować na żywo?

Zanim zacząłem robić własną muzykę, długo grałem w klubach jako didżej. I kochałem to zajęcie. Dlatego wyjście przed tłum na scenę nie jest dla mnie problemem. Granie na żywo stanowi niewyczerpane źródło pomysłów do pracy w studiu. Potrzebuję go jak powietrza. Kiedy zrobię nowy materiał, muszę go zagrać ludziom – wtedy słyszę te utwory w inny sposób i czerpię energię od tańczącego przy nich tłumu.

Masz swój ulubiony klub, do którego wracasz najczęściej?

Oczywiście. To "Fabric" w Londynie i "Cocoon" we Frankfurcie. W obu są świetne sound systemy i wspaniała publiczność. Oba kluby są fantastyczne.

Miałeś okazję grać na dużych imprezach w rodzaju "Mayday", "Nature One" czy "Street Parade". Czy to bardziej ekscytujące doświadczenie niż występy w klubach?

To zupełnie co innego. Ale ja lubię jedno i drugie. Podczas dużych imprez wszystko zyskuje inny wymiar – muzyka, dźwięk, publiczność. Tak jakby zostało spotęgowane co najmniej kilkadziesiąt razy. W minionym roku świetnie grało mi się na „Sonne Mond Und Sterne”, „Nature One” i „Rave On Snow”. To były niesamowite przeżycia.

www.greatstuffrecords.com

www.datapunk.de

www.gregor-tresher.com

 

Rozmawiał: Paweł Gzyl

Foto: Great Stuff

 
< Poprzedni   Nastepny >
techno