Wywiad z Zombim
Zombie Słuchając muzyki, często zadaję sobie pytanie: "jaki człowiek mógł stworzyć cos takiego?!". Spośród producentów jakich poznałem Zombie jest jednym z niewielu, którzy są w rzeczywistości tacy jak ich muzyka. Co ciekawe, nieważne czy rozpatruję jego repertuar z zakresu ambientu, trip hopu czy breakcore'u. Po prostu - na co dzień wygląda i zachowuje się tak jak brzmi jego twórczość.

Produkuje muzykę na parkiet i na kanapę, do filmów i gier komputerowych. Organizator wielu imprez, dj, członek kolektywu Behemoth Breakz, autor kultowej audycji "Kanapa Trippin' Company" w szczecińskim Radiu ABC oraz jednego z pierwszych polskich digital hardcore'owych utworów - "Hatylak". Był przewodnikiem po schronie przeciwatomowym oraz po jednej z najgorszych szczecińskich dzielnic. Od jakiegoś czasu obcuje również z innymi formami sztuki jak literatura czy komiks, a także zajmuje się działalnością o charakterze społecznym. Przed Wami jedyny taki - Zombie.

Znana jest powszechnie twoja "fascynacja" atomową zagładą. Powiedz mi, naprawdę wierzysz, że spotka nas nuklearny holokaust?

Nie trzeba wierzyć, wystarczy obejrzeć wiadomości: wzrastające ceny paliw, niepokoje na Bliskim Wschodzie, niejasna postawa Izraela, który przez 15 lat zaprzeczał, że posiada broń atomową, aż przyznał się, gdy wyszło na jaw, że Iran nie tylko posiada wirówki, ale ma ich coraz więcej. Nawet jeśli nie dojdzie do otwartego konfliktu, cały czas trzeba brać pod uwagę możliwość zaistnienia błędu ludzkiego w całym ogromnym systemie militarno-energetycznym. Historia zna przypadki kiedy przez głupie ludzkie błędy, pomyłki, pierdoły nieomal doszło do wypuszczenia pojedynczych rakiet. Oczywiście taka sytuacja spowodowałaby natychmiastową reakcję poszkodowanego państwa lub jego sojuszników. Albo katastrofy samolotów transportujących broń jądrową... Najbardziej znany taki przypadek w Europie, miał miejsce w czasach zimnej wojny, kiedy amerykański boeing rozbił się przy tankowaniu. Na teren Hiszpanii spadły wtedy spadły 3 bomby wodorowe o mocy dwóch megaton każda. Dopóki istnieje arsenał nuklearny; dopóki polityka na świecie nie zostanie ujednolicona; dopóki istnieją napięcia militarne i gospodarcze, dopóty istnieje możliwość, że pochłonie nas atomowa zagłada. Chyba, że nastąpi jakiś naprawdę solidny renesans w myśleniu ludzi, który może zostać osiągnięty tylko poprzez solidną edukację.

Czyli, póki co, wygląda na to, że pochłonie nas atomowy grzyb?

Mój plan polega na tym, żeby jeszcze pochodzić po gruzach nuklearnych, pooglądać widoczki, jak płoną miasta (śmiech). Generalnie jest to jakaś obsesja, która kosztowała mnie dużo zdrowia i obsesję tą zamieniłem na fascynację. W myśl zasady: aby pozbyć się lęku, należy poznać jego źródło. Niestety, im więcej zbieram informacji na przestrzeni lat na ten temat, wnioski są coraz bardziej niepokojące. W tym momencie mamy 9 państw, które dysponują bronią nuklearną, z tego prawie w połowie z nich sytuacja jest bardzo niestabilna. Indie, Pakistan, Izrael, Korea Północna... Niedługo dołączy do nich Iran i prawdopodobnie Wenezuela...

Powiedziałeś, że ten temat stał się w jakiś sposób Twoją fascynacją. Czy ma on wpływ na twoją twórczość? 

Zombie Zdecydowanie. Generalnie twarda muzyka do której można zaliczyć drastyczne formy drum'n'bassu albo breakcore - muzyka oparta na samplingu i przesterowanych breakbeatach, której nikt, nigdy jeszcze nie składał w taki sposób, to muzyka plemiennych barbarzyńców po czwartej wojnie światowej... Może nie, może po trzeciej. Bardzo mi się podoba stwierdzenie Einsteina, że właściwie nie wiadomo jaka broń zostanie użyta podczas trzeciej wojny światowej, ale czwarta na pewno będzie na pały. Mocny drum'n'bass czy breakcore zdecydowanie mają charakter postnuklearny - dużo blach, rzeźnicka perkusja, bezduszna moc maszyn.

A jak oceniasz obecną kondycję tych najbardziej nieprzystępnych form elektroniki do tańca?

Wiesz w drum'n'bassie niewiele może się już wydarzyć, choć co jakiś czas pojawiają się postaci, które łamią ten mit, np. dla mnie taką ekipą jest duet Antichristus. Pięknie też radzi sobie Current Value, odchodząc od utartych standardów. I też nikt przed nim nie składał breakbeatów w taki sposób, w takich formach. Zawsze gdzieś pojawią się ludzie, którzy zrobią coś nowego w temacie, uważanym już za zamknięty. Dobrym przykładem ewolucji są też np. produkcje Amona Tobina. Właśnie takie rozpychanie konwencji jest nadzieją. Nikt nie powiedział przecież, że breakbeat musi być na 4 takty, bo może być 3. Zobacz jak konstruuje breaki Venetian Snares - według mnie popchnął on do ekstremum dokonania wielkich nazwisk z Warp Rec. jak Squarepusher czy Aphex Twin. Myślę, że breakcore wyczołgał się właśnie z takich konstrukcji. A najbardziej w nim podoba mi się jego eklektyzm; możesz wrzucić reaggae, punk, country, a nawet muzykę symfoniczną jak np. na "My Downfall" Weneckich Werbli.

A co w takim razie sądzisz o komercjalizacji i popularyzacji breakcore'u? Jakiś czas temu, na ten przykład, dotarła do mnie informacja, że Venetian Snares ma zagrać na heinekenowskim festiwalu i muszę przyznać, że wcale się nie zdziwiłem, chociaż informacja owa oczywiście w końcu okazała się żartem...

Tak jest z każdą muzyką, nawet z tą wywodzącą się z najgrubszego podziemia jak np. breakcore. Okazuje się, że nawet szeroki, postpunkowy horyzont związany z aktywnością polityczno-społeczną nie ustrzeże go od tego mechanizmu. Zawsze pojawi się jakiś Christoph Fringeli, który założy label, tak jak zawsze pojawią się jacyś zboczeńcy, którzy będą tego słuchali i za to płacili. A potem coraz większe i głośniejsze soundsystemy, obrót kapitałem, menedżerowie, etc. Nawet z noisem tak się dzieje.

Nie uważasz, że breakcore i pokrewne mu konwencje, jest jednak za mało przystępny dla szerokich mas? Trudno mi wyobrazić sobie nastoletnie dziewczęta, jarające się speedcorem i szukające informacji o swoich idolach w "Bravo".

Trudno to stwierdzić w tym momencie. Kiedyś dajmy na to, pojawiło się takie Iron Maiden, którego dokonania szybko zostały okrzyknięte muzyką szatana i w ogóle co to robi z młodzieżą?! I jak to brzmi?! A jakiś czas później pojawił się deathmetal, speedmetal, blackmetal oraz inne formy ekstremalnych, brutalnych akcji gitarowych. Prawdopodobnie zawsze pojawi się coś takiego, co będzie mocniejsze niż wszystko do tej pory. Formy, które są mocne dla nas dla następnego pokolenia będą tylko punktem wyjściowym do czegoś jeszcze bardziej skomplikowanego, głośniejszego i pojechanego. Chyba, że historia muzyki zatoczy koło i nastąpi powrót do czegoś bardzo spokojnego i wysublimowanego. Dokonania Venetian Snares bardzo dobrze ilustrują taki scenariusz. Wspomniany album "My Downfall", który mnie osobiście rozwalił, breakcore'owym hermetykom ceniącym sobie rozpierduchę na każdej płaszczyźnie czy to politycznej, czy muzycznej, absolutnie nie podejdzie. 

Rozumiem, że w takim razie nie jesteś zwolennikiem teorii, że w muzyce większość rzeczy została już powiedziana/zagrana? 

Nie jestem.  

A jak się odnosisz do dystrybucji muzyki przez Internet i szerokiego dostępu do środków umożliwiających generowanie własnych dźwięków?

Dostępność muzyki, z pominięciem labeli nabijających kapustę kolesiom, którzy często są pajacami nastawionymi na zysk - jak najbardziej! Grając lub organizując imprezy drum'n'bassowe z dużymi nazwiskami, spotykałem się często z motywami typu: hołubienie gwiazdeczek, niczym jakichś pań z TV. Warunki w kontraktach djskich to np. 45 minut seta, czterogwiazdkowy hotel, oczywiście przelot wskazaną linią, bardzo szczegółowe menu itp. Niestety, często owe gwiazdeczki, poza nazwiskiem nie prezentują jakichś powalających umiejętności. Ja jestem zwolennikiem bojkotowania labeli, bo bardzo często, wiążą się one tylko z mechanizmami nabijania kasy. Znam całą masę ludzi, którzy udzielają się muzycznie, ślą demówki, itd., ale nie mieszczą się w kanonie tego, co w danym momencie się sprzeda. I albo muszą się dopasowywać, albo czekać na swoją kolej. Netlabele i ftp zupełnie zmieniły tą sytuację. Robisz stronę, robisz okładkę, robisz wirtualny album i to jest wypasione! Nie nabijasz kapusty lansiarskim labelom, które po prostu mają jakąś tam swoją renomę, bla, bla, bla... Ludzie często kupują płyty dlatego, że daną płytę wydał, np. Freak  Rec. i wszyscy grają to na imprezach, a nie dlatego, że album jest czegoś wart. Pominięcie tego właśnie elementu, strasznie mi się podoba; Czesiek z Ugandy robi sobie kawałek taki, że wszystkim opadają spodnie i puszcza go w obieg. Każdy pyta: na czym to wyszło?! A to wyszło na serwerze Cześka i możesz to po prostu zassać z sieci!

A nie obawiasz się, że przez takich Cześków, którzy nie zawsze robią dobre rzeczy, poziom danej dziedziny może znacznie obniżyć loty? Nie boisz się tzw. dyktatury barbarzyńców, wieszczonej przez niektórych analityków kultury?

Fakt. Mamy tu do czynienia z mieczem obusiecznym. Dobrze widać to na przykładzie literatury. Eksplozja blogowania, kiedy owa forma stała się popularna, odsłoniła wiele nieoszlifowanych diamentów. W normalnych okolicznościach przy jakimś kulawym systemie edukacji, który występuje chociażby u nas, taki nieoszlifowany diament miałby dużo mniejsze szanse na odkrycie. Aczkolwiek jest też dużo nieprzeoranej kichy i w literaturze i w muzyce i w fotografice. Wiesz, każdy kto potrafi nastawić ostrość w aparacie myśli, że jest fotografem, ale niech sobie myśli. Taka forma aktywności, nawet jeżeli nie reprezentuje żadnego poziomu jest i tak o niebo lepsza niż zwykła bierność w trybie stocznia - dom. Jeżeli ktoś ma frajdę z jakiegoś działania i przy okazji nie skupia się na bezmyślnym wpatrywaniu w TV albo zaczepianiu ludzi, stojąc w bramie, to elegancko! Czyli z jednej strony mamy do czynienia z groźbą obniżenia poziomu każdej formy sztuki i działalności, ale z drugiej każda forma bycia aktywnym, tworzenia czegoś konstruktywnego jest wypasem. I czy ktoś zdobędzie uznanie czy przejadą się po nim forumowi hatersi, jest o tyle do przodu, że przez kilka godzin robiąc coś tam, miał frajdę.

Powróćmy jeszcze na chwilę do internetowej dystrybucji muzyki. Istnieje zjawisko określane jako zawłaszczanie kultury przez korporacje, które nie dość, że traktują ją jako produkt, to jeszcze stoją na straży niedostosowanych do obecnych warunków praw autorskich. Sytuacja taka oprócz tego, że ogranicza np. sampling, ograniczając tym samym rozwój interesujących zjawisk w szeroko pojętej kulturze, czyni ludzi ściągających pliki mp3 z sieci pospolitymi przestępcami...

Strasznie mi się to nie podoba. Akurat ci ludzie, którzy najbardziej się przejmują prawami autorskimi nie mieszkają w blokach albo najgorszych dzielnicach tylko w niebotycznie drogich chatach i są zwyczajnie pazerni. Prawda, że gdyby nie programy typu p2p, mieliby pewnie jeszcze więcej kasy, ale im nie grozi bieda przez to, że ktoś ściąga ich piosenki. A też niejednokrotnie jest to dla nich narzędziem srogiej promocji.

Czy w takim razie, ciebie jako producenta, który ma już na swoim koncie publikacje, nie zalewa krew, kiedy przeglądając czyjeś zasoby na Soulseeku trafiasz, dajmy na to, na RIP001?

Zombie Wręcz przeciwnie! Bardzo mnie to cieszy! Chociażby z tego względu, że nie każdy ma na chacie gramofon. Za to miejscem w którym przechowuje się muzykę plus jakieś swoje dane jest komputer. I nie wiążę wcale takiej akcji z kradzieżą. Czasami robię nawet takie testy, żeby sprawdzić czy na Soulseeku dany numer jakoś tam wypłynął. Zupełnie inną kwestią jest, jeżeli znajduję gdzieś na portalu internetowym kawałek, którego nie udostępniałem i można go ściągnąć za pieniądze! I nie chodzi o kasę, ale o to żeby jegomość się chociaż zapytał! Ja swoją pańszczyznę odbębniłem i jeżeli chodzi o granie imprez i akcje charytatywne. Taszczyłem się z Amigami i z telewizorami do nich, bo nie miałem monitorów; miałem wiele nieprzyjemnych akcji z policją przez nielegalne imprezy, itd., itp. Poza tym staram się trzymać poziom swego grania na tyle, żeby wszyscy byli zadowoleni.  

A czy Twoim zdaniem da się wyżyć z muzyki elektronicznej?

Zależy. Generalnie do tego dążę, ale to niestety wiąże się z takimi różnymi, drobnymi "prostytucjami". Jak ci za bardzo wchodzą na głowę zawsze możesz się wycofać, albo po prostu nagiąć, bo tak naprawdę lepsze to, niż siedzieć w markecie na kasie. Myślę, że to też zależy od tego na jakiej płaszczyźnie muzycznej się poruszasz. Spójrz na line-upy wielkich polskich festiwali - to są te same manekiny od dwudziestu lat, ewentualnie jacyś młodzi, znani z tego, że są znani, rodem z mainstreamowych programów telewizyjnych czy innych historii. Pojawiają się ludzie, którzy są obliczeni na konkretny zarobek. Moim ulubionym przykładem takiego marketingowego tworu, który w końcu przeminie, jest Doda. Obliczona na kasę, sama się świetnie orientuje jaki ma potencjał rynkowy i jak bardzo musi narobić wokół siebie zamieszania, żeby utrzymać się na jakimś poziomie. Ona i jej podobni żyją, utrzymują się z muzyki. Z drugiej strony, nie byłbym uczciwy mówiąc, że nie można się utrzymać z ambitnych dźwięków, bo doczekaliśmy się np. takiego Fisza. Jednak dobra, naprawdę dobra muzyka elektroniczna jeszcze nie ma szans, żeby w Polsce jej twórcy mieli kompletnie bezstresowe życie i mogli się oddać tworzeniu. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że płyta duetu Skalpel nie została wydana w Polsce, tylko za granicą. W Polsce nie zostali dostrzeżeni. Wielkie halo zrobiło się dopiero jak wydało ich Ninja Tune. Wtedy wszyscy zdjęli czapki z głów. Oczywiście poza ludźmi, którzy o nich wiedzieli dużo wcześniej. Myślę, więc, że to jest kwestia indywidualna, kto jak się odnajduje z muzyką. Nie jest to niczym zdrożnym jeśli robisz coś, czemu się poświęcasz i masz z tego pieniądze. Nie trzeba być do końca życia ambitnym i undergroundowym, oflagować się i rozdać cały swój twórczy dorobek za free. Poza tym w temacie utrzymywania się ze swojej działalności artystycznej najwięcej, jak nie wszystko, powiedział już Kazik.

Czego w takim razie słuchasz poza elektroniką? Wiemy już, że na pewno nie Dody...

Bardzo dużo muzyki poważnej, symfonicznej, filmowej, jazzu... Connie Francis, Frank Sinatra, Millie Smalls, Luois Armstrong, Gyorgy Ligeti, Sergiusz Prokofiew, Zbigniew Preisner, Michał Lorenc - kompozytor muzyki do "Psów" - uwielbiam ją! Kenji Kawai, John Williams, koleś m.in. od muzyki do filmów Spielberga, geniusz zresztą - najbardziej podjeżdża mi muzyka z "Imperium Slońca". Lubię też dużo siary gitarowej typu Cannibal Corps... O! I Angelo Badalamenti - autor ścieżki do "Twin Peaks" oraz muzyka do filmów Lyncha w ogóle. Ponadto wszelakie formy starego i nowego ambientu, a ostatnimi czasy biję pokłony ku czci i chwale ekipy Xploding Plastix.

Polscy wykonawcy?

Jakiś stary oi! punk np. Analogs. Podjeżdża mi jeszcze Fisz i O.S.T.R., z takiego rozsądnego rapu.

A jakimi płytami z zakresu nieprzystępnych form muzyki elektronicznej ostatnio się zajarałeś?

Rozwala mnie Hrvatski, Kid606, Venetian Snares, Kurwastyle Project... No i scena drastycznej elektroniki w Polsce! Jest cała masa ciekawych nazwisk, np. I:gor, który jest dla mnie megakozakiem. Jest Strog, cała ekipa z Krakowa, z Wrocławia, ludzie  z Trójmiasta, Switch Technique z Pniewów, który robi bardzo mocne drum'n'bassy, też na konkretnym poziomie. Pioter również ładnie się rozwinął, odjeżdżając w taką bardzo zrytą stronę drillowo-breakcore'owej muzyki. I oczywiście Ślepcy, którzy temat breakcore'u w Polsce rozwinęli jako pierwsi.

Posiadasz jakichś własnych wizjonerów tej muzyki?

Dla mnie mistrzem świata jest Amon Tobin - nie do pokonania; geniusz w każdym calu. Za nim jest Squarepusher. Bardzo rzadko ktoś, kto ma do czynienia z breakcore'em, wie kim on jest i skąd się wziął, podobnie jak w ogóle dokonania wytwórni Warp sprzed dziesięciu czy dwunastu lat. Bogdan Raczyński też jest kozakiem. W ogóle trzeba sprawę postawić jasno: gabber kick i amen powyżej 200 bpm z ragga wokalami są tematem przeesksploatowanym do szpiku kości. Wiesz, są breakcore'y, które są bardzo proste, choć wcale im to nie ujmuje, bo nie wszystko musi być ambitne i są też takie, które być może nie ruszają parkietem tak skutecznie, ale pod względem kunsztu ułożenia ich konstrukcji są naprawdę mistrzowskie. A dla mnie największym wizjonerem w ogóle jeśli chodzi o muzykę elektroniczną jest Amon Tobin... Xanopticon też jest mocny.

Ale Amon Tobin czy Squarepusher nie mają za wiele wspólnego, zwłaszcza ostatnimi czasy, z core'em...

Tobin nigdy nie miał z breakcore'em nic wspólnego. Znak równości lub podobieństwo między core'ami a Amonem można postawić jedynie na płaszczyźnie bardzo gęstego samplingu. Tobin czerpał w swej muzyce z wielu gatunków, które na pierwszy rzut oka lub ucha kompletnie do siebie nie pasują, ale brzmią genialnie. To jest wirtuozeria samplingu. Bardzo też podjeżdża mi klimat i rozepchanie gatunku w sensie: ostro przesterowane breakbeaty w połączeniu z bardzo brutalnymi odmianami metalu - Drumcorps. Niezłym frikiem jest również Otto von Shirac, ale to już jest muzyka, która z breakcore'em ma niewiele wspólnego; to jest po prostu frikownia. A w Polsce definitywnie I:gor i od jakiegoś czasu Rekombinator, które rozłożył mnie na części pierwsze swoim aktem na tegorocznym Centerteku. 

A gdzie jeszcze doszukujesz się inspiracji?

Zombie Myślę, że dużo rzeczy wpływa na mnie na bieżąco; książki, filmy, każda forma z którą się zderzyłem i która stworzyła mi w głowie klimat, w którym się zatopiłem. A jeżeli chodzi o konstruowanie breakcore'u to... rdzeniem tej muzyki jest perkusja. Ogólnie można zaryzykować stwierdzenie, że breakcore jako taki już kiedyś powstał tylko był grany na żywo. I nie w takiej formie. To była muzyka, która opierała się tylko na perkusyjnych solówkach. I tu mamy dwa nazwiska: Buddy Ritch i Gene Krupa. To są kolesie, którzy robili takie rzeczy, że aby wygenerować coś takiego na maszynie, trzeba długo nad tym siedzieć. Oni robili to na żywo. Grali oczywiście z orkiestrami, ale robili niesamowite rzeczy z perkusją, z łamaniem rytmu, w różnych tempach, wariacjach, etc. I robili to rękoma. W ogóle w muzyce żywej i symfonicznej znajduję bardzo dużo motywów, które gdzieś tam mi się kolebocą w głowie w zestawieniu z jakimiś brutalnymi aranżacjami. 

Właśnie, ciekawa sprawa: skąd u ciebie jednoczesne uwielbienie do najbardziej nieprzyjaznych form elektroniki i do tych ambientowych, ułożonych, spokojnych, refleksyjnych, psychoaktywnych...

Generalnie w muzyce chodzi o to, żeby wywierała jakieś wrażenie. Np. jak się zderzysz z imprezą typu Wasted - 3 dni niesamowitej, brutalnej siekaniny, to czujesz się jak po maratonie albo obozie survivalowym. Twój organizm potrzebuje odpoczynku, musisz uzupełniać płyny i witaminy; ogólnie długo dochodzisz do siebie. Zderzasz się ze ścianą dźwięku o mocy dwudziestu tysięcy watów w tempie od 200 bpm wzwyż. Nadnercze produkuje Ci takie ilości adrenaliny, że jesteś w trybie bojowym, w sensie tanecznym i to robi wrażenie. Przez to też lepiej siekaniny smakują jeśli kontrastujesz je sobie z czymś co jest naprawdę luzujące i spokojne, jak ambienty właśnie. 

Czyli to po prostu kwestia dążenia do pewnej równowagi?

Oczywiście.

Jest to odruch bezwarunkowy czy jednak robisz to w sposób bardziej przemyślany?

Myślę, że dzieje się to samo.

A jakie jest miejsce używek w twoim procesie twórczym?

Nie zdarza mi się robić muzyki pod wpływem czegokolwiek. Podczas samego procesu po prostu nie jestem w stanie ogarnąć różnych kwestii technicznych. Oczywiście gdzieś tam jakieś inspiracje psychodeliczne pozostają, ale są to raczej inspiracje, powiedzmy... z tripa opartego na muzyce, czy jakieś konkretne doznania muzyczne w różnych stanach świadomości. Nie jest to element, który jest konieczny, ale jeśli już się przytrafi to na pewno jakoś się odbija. Ja już swoje przeżyłem. Prowadzę bardzo spokojny tryb życia. Po prostu już się nieco zmęczyłem swoimi przygodami. 

To zróbmy sobie teraz małą retrospekcję do połowy lat dziewięćdziesiątych. Opowiedz jak to wszystko się zaczęło.

Przez przypadek. Miałem komputer Amiga 500 i kiedyś podczas jednej z sesji kopiowania dyskietek, znalazłem program którego przeznaczenia nie za bardzo byłem w stanie zrozumieć. Na początku myślałem, że jest to program do kopiowania dyskietek tak jak X-Copy, a okazało się, że to Protracker. Przez przypadek udało mi się zgrać jakiś dźwięk z gry. Okazało się, że można to sobie, niczym na syntezatorze odegrać w różnych wysokościach, skopiować, zapisać i tak to się zaczęło. Zacząłem zbierać sobie jakieś sample i moduły. Później dowiedziałem się, że można do Amigi dokupić sampler. Jednakże możliwości Amigi i Protrackera były bardzo ograniczone. Toż po tym jak doszła jeszcze jedna Amiga udało nam się, z kuzynem skonstruować przejściówkę zwiększającą ilość kanałów. Zaczęliśmy generować jakieś smutne techno i zaczęło nabierać to troszkę rozpędu. Więc punktem wyjściowym była Amiga, Protracker i sampler. To było w '96 albo '97 r. 

A kiedy zacząłeś traktować muzykę na poważnie?

Nigdy (śmiech). Zresztą nie rozumiem co masz na myśli. Chodziło i cały czas chodzi o frajdę. Gdzieś tam, ktoś, kiedyś posłuchał tej muzyczki, która na początku była strasznie kulawa i zaproponował granie na imprezce na której można rozwalić głośniki. Nawet pomógł przewieźć komputer. No i z dwoma amigami, jednym monitorem i jednym małym telewizorkiem zgrałem swój pierwszy live act, bodaj w klubie 12 groszy w Stargardzie Szczecińskim w '97 albo '98 r.

Pamiętasz moment, kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z połamanymi formami muzycznymi?

Myślę, że "Technikum Mechanizacji Muzyki" miało na to duży wpływ. Pierwsze motywy, które usłyszałem, nazwiska, które zapamiętałem i płyty o które się dopytywałem w sklepach i które zresztą znajomy po kryjomu nagrywał mi na kasety, w pewnym nieistniejącym już sklepie muzycznym.

A co się dzieje obecnie z twoim kolektywem Behemoth Breakz?

Wszyscy się porozjeżdżali. W Szczecinie, na stałe został z naszego boysbandu tylko Nobi One, który zakończył zresztą swoją działalność djską. Pioter stacjonuje w tym momencie w Krakowie, Hatylak w Londynie, ja od jakiegoś czasu w Barcelonie. Tak jakoś się rozjechaliśmy, po prostu...

Możesz zdradzić jak doszło do powstania labetu Rest In Pieces?

Kiedyś organizowaliśmy imprezy w Szczecinie, w ś.p. klubie Neuron. Pewnego razu odezwał się do nas Zoargh, który przebywał wtedy na jakiejś studenckiej wymianie międzynarodowej w Katowicach i szukał jakiejś ekipy do grania. Przysłał nam seta, który zresztą strasznie nam się spodobał. Przyjechał, zintegrowaliśmy się jak należy, posiedział u nas parę dni. Wtedy właśnie Zoargh powiedział nam, że od jakiegoś czasu nosi się z zamiarem założenia labela. My wyraziliśmy chęć kolaboracji i później regularnie grywał na naszych imprezach. Tak mniej więcej wykłuł się właśnie label Rest In Pieces, który Zoargh założył ze swoim kumplem Thomasem. Ja udostępniłem piosenki na pierwszy wypust.

A wiesz coś może o planach R.I.P.?

Wiem, że jest dużo planów wydawniczych związanych nie tyle z winylem, co ze składakami na kompaktach. Pojawiają się tam całkiem niezłe nazwiska jak np. Ebola, no ale też z uwagi na to, że Zoargh mieszka w Polsce, a jego ziom we Francji, nie mają czasu żeby się zebrać do kupy i to pociągnąć, ale z  tego co wiem plany na przyszłość są całkiem interesujące.

Jak się odnosisz do inicjatyw free tekno?

Jest to jak najbardziej chwalebna sprawa! Gdyby to jeszcze było bezpieczne dla ludzi, którzy tam przyjeżdżają... No, bo postawmy sprawę jasno: bierzesz dziewczynę i jedziesz na kozacką imprezę, która nikomu nie wadzi, a zostaje rozwalona przez policję jak np. w Czechach parę lat temu. Ludzie potraktowani jak kryminaliści... prawie ich rozjechali tam czołgami! Jak na placu Tienanmen! Ja jestem w ogóle zwolennikiem wszelkich akcji outdoorowych związanych z muzyką i im bardziej są one otwarte i nie mieszczą się w jakichś kanwach ekonomiczno-marketingowych, jak te wszystkie heinekeny, itd. to tym lepiej! Każdy, kto dłubie swoje rzeczy, może się przejawić i rozwalić ze swoim soundsystemem - to jest fantastyczne i jak najbardziej chwalebne.

A jak odnosisz się do kultury rave? Czułeś czy może czujesz się nadal jej uczestnikiem?

Oczywiście! Regularnie śmigałem na imprezy, które się odbywały w Szczecinie pod nazwą Techno Dance Mission. Byłem i jestem do tej pory fanem old schoolowych rave'ów w klimatach Altern 8, albo pierwszej płyty Prodigy. Happy rave i happy hardcore to też jazda, którą mocno lubiłem i przyznaję się - byłem na trzech imprezach Love Parade.

Plany na przyszłość?

Zombie Właśnie skończyłem współpracę z trzema ludźmi, którzy są na etapie kończenia szkoły filmowej. Robiłem muzykę do ich obrazów filmowych. W dwóch przypadkach konstruktywnie zatrybiło. Skończyłem też właśnie pracę nad komiksem. Mój scenariusz plus rysunki mojej bardzo dobrej znajomej - Stypki. Do obadania w sieci.

Chciałbym mocniej wkręcić się w klimat gier komputerowych i wziąć udział w takim przedsięwzięciu jak "Defcon". Jest to symulacja konfliktu nuklearnego; gra oparta na motywach filmu "Gry wojenne" z '89 r. Autorzy tej gry zgarnęli zresztą za nią całą masę nagród. Muzyka w tej grze to ambienty na światowym poziomie na miarę Pete'a Namlooka i Billa Laswella, a może jeszcze lepsze - bardzo chciałbym kiedyś wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Bardzo też mi zależy na tym, aby kiedyś zorganizować warsztaty djsko-producenckie dla dzieciaków, które nie mogą sobie pozwolić na zabawę ze sprzętem. Próbowałem przebijać się kilka razy do władz Szczecina z pełnym planem ekonomicznym, poparciem rożnych instytucji, patronatem medialnym, etc. Jednak przez opieszałość urzędasów nic z tego nie wyszło. W necie jest mnóstwo takich inicjatyw dla dzieciarni, ale za ciężką kasę. W mojej idei chodzi o to, aby dzieciaki, które nie mają dostępu do gramofonów, software'ów, etc., mogły sobie chociaż z tym poobcować. Jeśli by wypaliło, można by to jeszcze bardziej uatrakcyjnić,  łącząc np. z wyjazdem w jakieś zajebiste miejsce, choćby do Barcelony, nie mówiąc już o ściągnięciu jakichś grubych nazwisk. Jestem w stanie to zorganizować i w Szczecinie i w Barcelonie, jednak władze miasta do tej pory nie wykazały najmniejszego cienia zainteresowania tą ideą.

A propos gier. Testowałeś "Splinter Cell" z muzyką Tobina?

Tak. Odbyłem zresztą strasznie grubą polemikę z Johnym Woo. Jestem fanem tej płyty, Johny natomiast bulwersował się, że Amon zrobił to dla kasy, i że pewnie wzięli od niego gotowe piosenki na użytek gry. Dla mnie liczy się efekt końcowy.

Czytałem wywiad w którym Tobin twierdził, że muzykę robił specjalnie do gry.

Otóż to! Johny jakoś dziwnie podchodził do tej kwestii, a dla mnie to i tak, jedna z jego najlepszych płyt.

Jakieś rady dla początkujących dj'ów/producentów?

Brać sobie dobre rady do serca, ale nie dać się miażdżyc krytyce, która czasem wynika z zawiści albo  zwykłego nieporozumienia na płaszczyźnie konwencji. Natomiast przede wszystkim zawsze pamiętać o tym, że najważniejsza jest frajda. I lać na stereotypy! 

Przekaz dla świata?

... zawsze warto mieć trochę puszkowanej żywności w piwnicy i wody w ołowianych pojemnikach oraz mieć świadomość w jakiej odległości mieszka się od potencjalnego celu ataku nuklearnego.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Maciej Cybulski

www.myspace.com/behemothbreakz

www.discogs.com/artist/Zombie+(2)

http://postapocalyptic.net/viewpage.php?page_id=352

 

 

 

 

 
Nastepny >
techno